NASZE ZABAWY NA FACEBOOKU: ARTY Z RANA#TRUDNESPRAWYTAWERNY

„Tekken 7” – recenzja gry

Udostępnij artykuł

Udostępnij na facebooku 0
Udostępnij na twitterze 0

Czerwiec 2017 roku to prawdziwa gratka dla wszystkich sentymentalnych graczy, którzy uwielbiają żyć wspomnieniami i powracać do tytułów z dawnych lat. Położyliśmy już łapki na Wipeout Omega Collection, a na koniec miesiąca zobaczymy, jak w odświeżonej formie wygląda Crash Bandicoot. Możemy także spuszczać manto serdecznym przyjaciołom w kolejnej części Tekkena!

Sporo przyszło graczom czekać na powrót jednej z najbardziej kultowych serii bijatyk. Na dźwięk słowa „Tekken” nawet osoby wyśmiewające na co dzień nerdów i geeków zastygają na chwilę z błyskiem zrozumienia w oku. Przypomina im się bowiem era wielkich kineskopowych telewizorów i kanapowych imprez, podczas których banda dzieciaków niecierpliwie czekała na swoją kolej, aby masakrować przyciski na kontrolerze.

Bandai Namco nie boi się konkurencji – ich najnowsza flagowa bijatyka zadebiutowała na PC i konsolach dosłownie kilka dni po Ultra Street Fighterze II oraz Injustice 2. Fani mordobicia mają więc trudny orzech do zgryzienia. Postawiłem na Tekkena właśnie ze względu na duży sentyment, gdyż seria ukradła mi spory kawał życia na stareńkich PS One i PS2. Już na (przydługim) wstępie mogę powiedzieć, że to był dobry wybór!

Zaczniemy może od agresywnie promowanego przez twórców trybu historii. W końcu Król żelaznej pięści może być tylko jeden! Poza tym obiecano nam efektowne zakończenie wątku opowiadającego o losach rodu Mishima. Swoją formą opowieść przypomina to, co znamy z Mortal Kombat – długie filmowe fragmenty płynnie przechodzą w kolejne walki, podczas których gracze zapoznają się z podstawami gry. Całość upiększono tu i ówdzie komiksową narracją. Fabuła nie jest szczególnie porywająca, a co do formy jej podania – Japończycy muszą się jeszcze trochę pouczyć od NetherRealm Studios. Dobrze jest jednak w końcu poznać całą opowieść o Heihachim i Kazuyi, ale dotarcie do jej zakończenia nie będzie przechadzką po parku. Ostatnie 2-3 walki to naprawdę spore wyzwanie, nawet na najniższym poziomie trudności!

Kampania fabularna, tłumacząca wieloletnie zawiłości serii oraz wspierająca uproszczony układ sterowania, świadczy o sporej otwartości Bandai Namco na nowych klientów. W dowolnym momencie walki możemy przytrzymać specjalny przycisk, który aktywuje funkcję podpowiedzi. Sama mechanika Tekkena również jest bardzo intuicyjna i wybaczająca błędy, zdarza się przecież, że niesamowita seria ciosów powstaje w wyniku przypadkowego mashowania klawiszy przez początkującego gracza.

Tryb historii nie jest jedyną opcją skierowaną do samotnych wilków. Wraz z postępami w fabule odblokowujemy dostęp do tak zwanych charakter episodes. To pojedyncze scenki, prezentujące przygody bohaterów, dla których nie starczyło „miejsca” w głównym wątku fabularnym. Każdy taki odcinek podzielony jest na filmowy prolog, specjalną walkę oraz finałową cutscenkę. Całkiem przyjemna funkcja, pozwalająca poznać losy faworyzowanych przez graczy postaci.

W siódmej części serii powrócił oczywiście tryb arcade. Składa się na niego pięć starć z różnymi przeciwnikami oraz napisy końcowe. Nawet jeśli nie przepadamy za walką z komputerem, warto spędzić trochę czasu z Treasure Hunt. Tutaj zwycięstwa nagradzane są specjalnymi przedmiotami oraz tekkenową walutą, a im więcej wygrywasz, tym więcej zyskujesz! Za wirtualne pieniądze możemy urozmaicić garderobę oraz zakupić dla bohaterów kapelusze, okulary, fryzury, maski, gadżety i wiele innych.

Zdobywane podczas gry fundusze warto też zainwestować w specjalnej galerii. Bandai Namco odrobiło lekcje – w siódmym Tekkenie możemy obejrzeć jeszcze raz wszystkie filmy z poprzednich części serii! A jest tego całe mnóstwo, aż boję się myśleć, ile czasu zajmie mi odblokowanie całości. Grafiki oraz wideo ze starych generacji sprzętu podbito przy tym do współczesnych rozdzielczości, dzięki czemu oglądanie ich nie powoduje krwawienia z oczu. Bardzo duży plus!

Gracze nie przepadający za trybami sieciowymi otrzymali także rozbudowany trening. Warto spędzić tu trochę czasu – lista wariantów i opcji do ustawienia jest wręcz przytłaczająca! Podczas rozgrywki w każdej chwili gra oferuje listę ruchów, a także ich prezentację, co znacznie ułatwia proces nauki kolejnych ciosów specjalnych. Można także zaprogramować sekwencję wykonywaną przez sparingpartnera, aby trenować blokowanie i przerywanie combosów.

Rozgrywka sieciowa w Tekkenie 7 to raczej czysta klasyka. Bandai Namco nie siliło się specjalnie na odkrywanie Ameryki i wymyślanie nowych trybów. Możemy zmierzyć się z graczami z całego świata w meczach rankingowych i towarzyskich oraz wziąć udział w turnieju, w którym uczestniczy ośmiu zawodników. Tryb tournament sowicie wynagradza uczestników, ale nie powiedziałbym, że jest najłatwiejszym sposobem na gromadzenie wirtualnej waluty. W czasie turnieju można korzystać z chatu (głosowy i tekstowy) oraz oglądać starcia rywali. Walka toczy się do trzech zwycięstw. Osiągane przez nas rezultaty możemy porównywać z resztą świata na kolosalnej tabeli wyników.

Niestety to w kontakcie z trybami online pojawiły się pierwsze zgrzyty. Dopiero wydana kilka dni po premierze łatka usprawniła nieco matchmaking. Początkowo bardzo ciężko było połączyć się z kimkolwiek przez internet – nie mówiąc już o trafieniu na oponenta o podobnym poziomie umiejętności. Na szczęście sytuacja powoli się stabilizuje, pewien niesmak jednak pozostał. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że niektórzy zwyczajnie „olewają” tryby dla jednego gracza i od razu rzucają się w wir sieciowych starć.

O zwycięstwie lub porażce w bijatykach często decydują ułamki sekund oraz wyczucie trwającego kilka klatek animacji okienka, podczas którego możemy zablokować serię przeciwnika i odpowiedzieć zabójczą kontrą. Dlatego też twórcy Tekkena poświęcili mnóstwo czasu na optymalizację tytułu. Gra nie wygląda jakoś specjalnie urodziwie, ale płynność animacji jest absolutnie porażająca – jedynie podczas ładowania poziomów można zauważyć drobne „chrupnięcia”. Nie mają one jednak najmniejszego nawet wpływu na rozgrywkę. Sześćdziesiąt klatek na sekundę oraz charakterystyczna dla serii mechanika powodują, że Tekken nie ma sobie równych, jeśli chodzi o responsywność.

Obserwując sieciowe rankingi, widać wyraźnie, jak bardzo twórcy przyłożyli się do balansu postaci. Każdy wojownik może zmienić się w rękach odpowiedniej osoby w maszynkę do wygrywania kolejnych pojedynków. Wszyscy mają podobne szanse na zwycięstwo, a zostały one wyrównane jeszcze bardziej, przez kilka nowych mechanizmów. Twórcy zdecydowali się między innymi na wprowadzenie aktywowanych jednym przyciskiem efektownych serii ciosów. Działające na takich samych zasadach co satysfakcjonujące i brutalne prześwietlenia z Mortal Kombat sekwencje potrafią zabrać przeciwnikowi pół paska zdrowia i odwrócić przebieg każdego niemal pojedynku.

Biorąc udział w Turnieju Króla Żelaznej Pięści, możemy oczywiście korzystać z jukeboxa i przesłuchiwać charakterystyczną ścieżkę dźwiękową. Obok specyficznego połączenia epickich symfonii i elektronicznych bitów nie da się przejść obojętnie. Ale nawet jeśli nie wpadną wam w ucho, musicie przyznać, że pasują do lekko zakręconego klimatu mordobicia. Co bardziej drażniące kawałki możemy po prostu wyłączyć, mamy więc niejako możliwość stworzenia własnego soundtracka.

Najwięcej kontrowersji wśród wielbicieli Tekkena wzbudziły niektóre decyzje personalne, podjęte przez Bandai Namco. Najnowsza odsłona serii wypełniona jest po brzegi znanymi z poprzednich części postaciami, takimi jak Paul, Eddy, Yoshimitsu, Xiaoyu czy King. Niektórzy z bohaterów przeszli całkowity face-lifting i czasami trudno nawet znaleźć jakieś podobieństwa do starszych odpowiedników. Tekken 7 to także sporo nowych twarzy – na tle konkurencji wyróżnia się przede wszystkim Akuma, przeniesiony prosto ze Street Fightera.

Najnowsze dzieło Bandai Namco to diabelnie dobra bijatyka i najzwyczajniej w świecie rewelacyjna gra. Na dysku mojej konsoli zastąpiła Mortal Kombat XXL – podejrzewam, że zostanie tam na bardzo długo. Naprawdę ciężko mi wytknąć Tekkenowi 7 jakiekolwiek wady mogące mieć wpływ na obniżenie oceny. Jest to tytuł doskonały w obrębie własnego gatunku i pozycja, w którą zwyczajnie należy zagrać. Klasyk już w dniu premiery!

Ocena tawerny

1 2 3 4 5 5

Inne w tej kategorii

RETROGRANIE: „Dragon Age: Origins”

Plaga atakuje ponownie

„For Honor” – recenzja gry

Symulator walk średniowiecza

Te fantastyczne „najntisy”

Co zawdzięczamy latom 90. i czy obecnie panuje na nie moda?

„iGranie z gruzem” – recenzja gry planszowej

Gra pełna absurdalnego humoru

Zobacz nas na Instagramie