NASZE ZABAWY NA FACEBOOKU: ARTY Z RANA#TRUDNESPRAWYTAWERNY

RETROGRANIE: „Jade Empire”

Udostępnij artykuł

Udostępnij na facebooku 0
Udostępnij na twitterze 0

Każdy fan Dalekiego Wschodu, który dodatkowo śmie się zwać graczem, musiał słyszeć o tejże sędziwej już produkcji, która wyszła spod skrzydeł ludzi z BioWare. Jeśli ktoś jeszcze nie wie, o czym konkretnie zamierzam tutaj pisać, śpieszę z wyjaśnieniem. Przywołam wspomnienia na temat gry Jade Empire. Każdego ciekawego mojej opinii na temat produkcji zapraszam do czytania.

Zamknijcie oczy, weźcie głęboki wdech i powolny jednostajny wydech, powtórzcie czynność jeszcze kilkukrotnie, zanurzcie się w swojej wyobraźni i bum! Jesteście w średniowiecznych Chinach, z tą różnicą, że  magia i demony nikogo nie dziwią, z kolei nietuzinkowo ubrany (trochę tak jak wy) przybysz wzbudza niepokój mieszkańców krainy. Dobrze, teraz żeby ta retro recenzja miała ręce i nogi, standardowo zacznę ją od podania kilku oczywistych i jakże istotnych suchych faktów.

Tak jak już wcześniej wspomniałem, produkcja ta wyszła spod szyldu BioWaru, kanadyjskiego giganta, który w swoim repertuarze ma takie hity, jak Baldur’s Gate, Neverwinter Nights, Dragon Age, Mass Effect i wiele, wiele innych. Co prawda, moloch z Ameryki Północnej ostatnio swoich fanów nie rozpieszcza, ale o tę produkcję możecie być spokojni. Dlaczego? Bo to tytuł na konsole z 2005 roku. Blaszaki czekały dwa lata, a konkretnie  do 27 lutego 2007. Wtedy chłopcy (i dziewczęta) z BioWare mieli inną hierarchię wartości, w której jakość stała na pierwszym miejscu. Dziś po latach ze smutkiem muszę stwierdzić, że tę pozycję zajął pieniądz i to przez duże „P”.

Z perspektywy lat ciężko jest oceniać pewne elementy gier video wydanych przed 2010; Takie jak grafika czy mechanika. Bo przecież należy mieć na uwadze fakt, że stosunkowo niedawno weszliśmy w czasy „super, uber” realistycznej oprawy wizualnej, która nierzadko, zwłaszcza wśród młodszych graczy, stanowi wyznacznik „dobrej” gry.

Zasiadając dziś przed ekranem monitora, odpalając ów tytuł, nadal można mile się zaskoczyć. Produkt z 2007 wciąż trzyma poziom. Oczywiście tekstury nie występują w rozdzielczości HD, modele postaci są nieco kanciaste, obiekty rażą pikselami, niemniej wciąż ma w sobie to coś, dzięki czemu można z wypiekami na policzkach obserwować wydarzenia, jakie zostały przedstawione. Świat jest piękny i kolorowy, a jego zwiedzanie dostarcza masę zabawy i satysfakcji. Nie obfituje w szczegóły, a czasami można doświadczyć jakiś glitchy graficznych, wciąż jednak klimat orientu wylewa się z monitora.

Jeśli spojrzymy na technologię, to również mamy tu pewien impas. Nie należy się spodziewać po tytule sprzed dziesięciu lat, aby choć w połowie dorównywał technologicznie dzisiejszym cudom. Niemniej uważam, że nawet pomimo swego wieku, nie wypada najgorzej. Animacje walki stoją naprawdę na wysokim poziomie, wyglądają efektownie, no i dają satysfakcję z pokonania przeciwnika. Do tego wszystko to dzieje się w czasie rzeczywistym. Oczywiście można zarzucać, że sam chód bohatera, jak i jego ruch, jest sztywny i nienaturalny, ja jednak uparcie powtórzę, że już pod koniec lutego, ten tytuł będzie obchodzić swoją dziesiątą rocznicę powstania.

Dzisiejsze tytuły przyzwyczajają do otwartych światów, jednak Jade Empire, jak i wiele innych tworów z tamtego okresu, rzadko mógł pochwalić się tą cechą. Mamy tutaj do czynienia z kolejnymi zamkniętymi strefami, które mocno ograniczają nasze zapędy turystyczne, warto więc się przyzwyczaić do częstych ekranów ładowania, jak i sporadycznych napadów furii. Pomimo swych ułomności, miło jest odwiedzać kolejne lokacje. Tak ograniczony świat zmusza twórców do umiejętnego korzystania kilkukrotnie z tych samych miejsc. Co ten fakt oznacza dla gracza? Częste wracanie do poprzednich lokacji, co wcale nie jest nużące.

Muzyka spełnia swoje zadanie, stanowiąc tło dla opowiadanej historii, często będąc nawet niezauważalnym… czy może lepiej powiedzieć niesłyszalnym. Nie jest wzniosła, ale dobrze oddaje klimat dalekiego wschodu. Niesety nie zwraca jej się należytej uwagi, gdyż jej przeciętność, chowa się gdzieś daleko za rozgrywką. Podsumowując, ścieżka dźwiękowa jest po prostu średnia.

Czas przejść do fabuły, a jest ona taka jak zwykle. BioWare należy do mistrzowskiego grona pod względem dawania graczom w kółko tego samego, ubranego w nieco inne szaty. Krótko i na temat: wcielamy się tutaj w wybrańca z zerową mocą na początku, pomazaniec zostaje napadnięty i ograbiony z wszystkiego, na czym mu zależy. Motywowany odzyskaniem utraconego, wyrusza w podróż pełną niebezpieczeństw, przy okazji wykonując wszystkie poboczne questy, na jego drodze stają różnej maści potwory i bandyci oraz nowi towarzysze. W końcu napełniony mocą rusza na pohybel przeznaczeniu, wygrywa i przegrywa, znowu robi wszystkie zadania na jakie się natknie i w końcu dochodzi do wielkiego finału. Znajome? Ten schemat jest w kółko i kółko powielany. Czy to źle? Nie! Jak to mówią „Mistrzowskiego składu się nie zmienia”. Nie mam problemu z tym, że wydawcy serwują nam podobny schemat. Ważne, jak to robią. Czy tutaj to wyszło dobrze? O tak! Historia jest wciągająca i czasami nawet wielowątkowa, stara się gracza zaskoczyć, serwują różne triki, a nawet zwroty akcji. Można odgrywać rolę boskiego pomazańca czy też wysłannika piekieł, wręcz syna diabła. Daje to całą masę zabawy, dostarczając zarazem pretekstu do kolejnego przejścia gry.

Będąc przy questach, pokuszę się o pochwalenie deweloperów, że nie spłycili wszystkich zadań do „pójdź, znajdź/zabij, wróć”. Zazwyczaj zostaje zaserwowana jakaś historia życia, która mało kogo obchodzi, ale miło wiedzieć, że ktoś jednak na krótką chwilę przysiadł i nieco się wysilił nad swoją pracą. Zadania główne i poboczne dają radę i zdecydowana większość rozwiązań, jaka została zastosowana zdaje egzamin.

Najwyższy czas, aby poświęcić nieco uwagi na pojawiające się w grze postacie. I tu również jedziemy schematem: jest przyjaciółka z tajemniczą przeszłością, ważniak który pozjadał wszystkie rozumy świata, ostra i cwana pani z wyższych sfer, nie obawiająca się pobrudzić sobie rączek, wierny wielkolud, szurnięty dziwak zwący się naukowcem, mała dziewczynka, w której mieszka demon (no co? to zupełnie normalne), typowy „Janusz” z monopolowego z niedopitą flaszką, tępy idealista, oraz kilku innych dziwaków.

Muszę przyznać, że najlepiej napisane zostały postacie żeńskie. Intrygują swoją historią oraz zachwycają umiejętnościami. Gwiazda Zaranna, towarzyszy nam od początku, aż do samego końca, często przydatna i mająca coś ciekawego do powiedzenia. Jedwabna Lisica natomiast z całą pewnością nie należy do grona stereotypowych damulek w opałach, które trzeba ratować. Ona sama mogłaby skoczyć za nami w ogień i wyciągnąć z tarapatów. Obie panie posiadają niezły charakterek, a jak trzeba to i pokażą swoje pazury. Duży plus.

Czy wspomniałem już, że możemy z nimi romansować?  Zresztą jak w każdej produkcji od BioWare, istnieje taka opcja. Jak zostało to wykonane? To już temat na inny artykuł. Oczywiście grając paniami, mamy również pole do popisu z płcią przeciwną, i nie tylko. Kanadyjskie studio uwielbia zaznaczać swą otwartość i tolerancję, choć pochwalam to całym sobą, to czasami jednak robi się to niesmaczne. Wynagradzają to jednak możliwością zorganizowania trójkącika. Tak, jest taka opcja, i dam głowę, że wielu przypadła ona do gustu.

Było miło, a nawet romantycznie, teraz czas, aby zrobiło się nieco mrocznie. Po prostu nadeszła chwila, aby poświęcić kilka zdań tym złym, a jest o czym pisać.

Źli już od początku gry posiadają lwią przewagę nad herosem, zarówno liczebną, jak i ogniową. Bohaterowie mają tutaj do czynienia z całą armią królestwa, masą bestii, duchów, kanibali, demonów, bandytów i czort wie, czego jeszcze, a to wszystko to tylko przystawka przed prawdziwymi bossami, którzy są mniej lub bardzie wymagający. Zrobię tym razem wyjątek i nie będę pisał o głównym antagoniście, ponieważ ta informacja zbyt mocno wpływa na fabułę, a ja nie chcę tutaj sypać spojlerami.

Nie jest to jakaś szczegółowa recenzja, jednak Retrogranie nie polega na tym, aby opowiedzieć wszystko o grze, gdyż prawdopodobnie zostało już powiedziane. Dla mnie osobiście Jade Empire to świetna produkcja gwarantująca długie godziny rozrywki. Zapewnia nam multum zabawy, skrajne emocje, daje możliwość zapoznania i polubienia bohaterów, lub ich znienawidzenia, no i przede wszystkim chcemy wiedzieć, jak ta przygoda się skończy. Tytuł ten ma wszystko, co czyni grę cRPG dobrą. Tych, którzy przeoczyli tę produkcję, zachęcam do rychłego nadrobienia zaległości.

Ocena tawerny

1 2 3 4 5 5

Inne w tej kategorii

„Zaklinacze: Śmierć w Szlamie” – recenzja dodatku do gry karcianej

Dodatek innowacyjny czy jednak nie

Zadania poboczne w grach cRPG

Bohaterze zbieraj rzepę by mieć w głównym wątku krzepę!

„Endless Space 2” – recenzja gry

Świetna kontynuacja, lecz niewiele ponad to

„Afterbomb Madness” – recenzja podręcznika do gry RPG

Gra z serii „co by było, gdyby…

Zobacz nas na Instagramie