NASZE ZABAWY NA FACEBOOKU: ARTY Z RANA#TRUDNESPRAWYTAWERNY

Era Smoka – przypominamy serię „Dragon Age”

Udostępnij artykuł

Udostępnij na facebooku 0
Udostępnij na twitterze 0

„Zakon naucza, że to ludzka pycha sprowadziła na nasz świat mroczne pomioty…”

Dla wielu były to pierwsze słowa, jakimi powitano graczy w uniwersum Dragon Age, gdzie przyszło zwiedzać mi i wielu osobom z całego świata. Przedstawiam wam serię, której de facto przedstawiać nie trzeba, wyszła ona spod skrzydeł ludzi z BioWare. Pierwsza część zyskała uznanie w świecie gamingowym na całym globie i darzona jest niemalże kultem. Druga odsłona, wydawać by się mogło, wprowadziła chaos w szeregi wiernych fanów, dając pole do popisu wszystkim trollom i innym „milusińskim”, którzy wykorzystali ów moment na wbicie małej szpili. W końcu jednak plama na honorze została zmyta, a wiara w człowieka powróciła wraz z powrotem wielkiej inkwizycji w trzeciej i póki co ostatniej części. Jeśli pokochaliście ten świat równie mocno jak ja, to zapraszam każdego amatora dobrych RPG-ów do zapoznania się z poniższym tekstem.

Słów kilka

Dziś dla graczy młodego pokolenia pierwsza część Dragon Age’a jest dokładnie tym samym co dla starszych Baldurs Gates, nie bez przyczyny zresztą nazywany jego duchowym spadkobiercą. Tytuł ten udowodnił, że wciąż istnieje popyt na epicką i sztampową historię. Wspominając dziś te chwile, kiedy z wypiekami na twarzy śledziłem dalsze losy Szarych Strażników, mogę śmiało stwierdzić, iż właśnie to nazywa się „miłośćą” od pierwszego wejrzenia. Zostałem wciągnięty w ten świat i nie mógłbym go opuścić, nawet gdybym chciał (a nie chciałem). Lecz nie byłem w tym osamotniony, w dniu premiery gry całe rzesze graczy przekroczyły Horyzont Zdarzeń i zniknęły w czasie i przestrzeni. No ale robi się tu zbyt science fiction, a za mało epic fantasy.

Dragon Age: Origins

Po tak spektakularnym sukcesie, jaki odniósł Dragon Age: Origins, wiadomym było, iż powstanie kontynuacji to tylko kwestia czasu. Ku mej uciesze i zarazem rozpaczy. Dwa lata, taki okres należało odczekać na Dragon Age II. Patrząc na średnią długość tworzenia tytułów AAA, to mamy do czynienia z wyczynem godnym Usaina Bolta, w świecie komputerowej rozrywki. Niestety, pomimo krótkiego czasu produkcji, niesmak pozostał na długie lata. Jeśli mam być szczery, to właśnie w tak znikomym okresie twórczym dopatruję się powodów druzgocącej klęski.

Nawet wielkie BioWare potrafi od czasu do czasu się czegoś nauczyć i wyciągnąć wnioski. Tak oto powstała ostatnia jak do tej pory gra z cyklu Dragon Age o podtytule Inkwizycja. Czy najnowsze dziecko przerosło swój pierwowzór? To raczej rzecz sporna, acz zdecydowana większość wciąż uznaje wyższość Dragon Age: Origins. Nie podlega jednak dyskusji to, że niesmak po ostatniej odsłonie, został skutecznie zmyty.

Przejdźmy jednak dalej, aby móc bardziej szczegółowo rozwodzić się nad konkretnymi tematami.

 

Walka

Dragon Age: Origins

Walkę w pierwszej części Ery Smoka można kochać bądź nienawidzić. Miłośnicy taktycznego podejścia, ceniący sobie możliwość dokładnego przemyślenia każdego swojego ruchu czy posiadania opcji swobodnego manipulowania czasem w rozgrywce, będą zadowoleni. Podczas opracowywania strategii bitwy, dowolnie przełączamy się między czwórką towarzyszy, mogąc dokładnie zaplanować ich kolejne ruchy. Skupiony „ogień” na jednym wrogu? Proszę bardzo! Biją naszego ulubieńca? Wysyłamy z odsieczą resztę teamu. Ktoś padł, zupełnie jak w samym środku całonocnej imprezy? Przywracamy go do życia! Oczywiście, jeśli któryś z bohaterów ma taką możliwość. Warto nadmienić, że mamy od metra umiejętności do wyuczenia. Każda przypisana do odpowiedniej klasy oraz podklasy. Co oznacza, że na początku decydujemy czy nasz wojownik ma posługiwać się mieczem i tarczą, czy też dzierżyć potężnego dwuręcznego „mordercę” wszelkich pomiotów, nic też nie stoi na przeszkodzie, aby włączyć rage mode i kosić rywali dwoma broniami. Zastosowany zabieg ogranicza nas do kilku drzewek umiejętności, dzięki czemu nie wydajemy bezmyślnie ciężko zdobytych punktów. Po upływie kilku godzin w grze taki wojak dostaje możliwość wyuczenia się jednej z kliku podklas, dając nam dodatkowe skille. Wracając jednak do radosnej kompani, to dla graczy, którzy nie lubią co chwilę pauzować i skakać po ekranie między kolejnymi towarzyszami, „mówiąc” im, co mają zrobić, twórcy przygotowali kilka slotów dających możliwość ustalenia konkretnych zachowań w czasie bitki. I tak można kazać magowi i łucznikowi trzymać się na dystans, wojowi, pełniącemu rolę pancernika, skupić na sobie smoczy gniew (który również odczujecie), a postaciom z dramatycznie niskim paskiem zdrowia łyknąć sobie po miksturce regenerującej, o dziwo zwie się „okładami leczniczymi”, mimo iż gra serwuje nam animację picia. Cóż mogę rzec? Co kraj to obyczaj.

Żeby nie było tak różowo, należy poświęcić kilka zdań samym animacjom. Pisząc, że każdy ma kij w zadku w czasie starcia, nie oddam w pełni widoku z monitora. Herosi mają gacie pełne pewnej substancji, patrząc na ich kowbojski chód. Ciosy są ciężkie i zamaszyste, dodatkowo walka ogranicza się do wybrania celu kursorem myszki i wybierania kolejnych umiejętności z paska na dole ekranu.

Dragon Age II

Kontynuacja zachowuje to, co dobre, wywalając jednocześnie elementy, które oblały egzamin, a ponadto zastosowała kilka dobrych rozwiązań. Do naszej dyspozycji wciąż mamy możliwość taktycznego podejścia do walki oraz ukierunkowania zachowań towarzyszy poprzez sloty. Walka jednak stała się o niebo ciekawsza. Postarano się o dobre animacje i zapewniono interesujące starcia, które nie ograniczają się do wskazania ataku na konkretnego wroga, tym razem realnie uczestniczymy w walce, zmuszając się do większego zaangażowania. Same potyczki stały się bardziej dynamiczne i widowiskowe, co niewątpliwe należy uznać za plus.

Dragon Age II

Dragon Age: Inkwizycja

Trzecia odsłona nie zastosowała żadnych innowacji, rozwijając jedynie sprawdzone sposoby, w myśl zasady, że „zwycięskiego składu się nie zmienia”. Kreując jeszcze bardziej emocjonujące i efektowne bitwy, które niewątpliwie dostarczają masę frajdy. Przy tym jednak upraszcza strategiczne podejście. Prawie zawsze rzucałem się do walki pierwszy (będąc magiem), od czasu do czasu pilnując czy ktoś nie umiera. Niestety tutaj należy odnotować mały krok w tył.

 

Grafika

Będąc szczerym, cała seria Dragon Age, zawsze odstawała od konkurencji. Począwszy od części z Szarymi Strażnikami, przez Czempiona z Kirkwall, kończąc na Inkwizycji. Po kolei.

Dragon Age: Origins

Stwierdzenie, że Origins blado się prezentuje w porównaniu z innymi tytułami, okazuje się sporym niedopowiedzeniem. Tekstury są rozmyte i wątpliwej jakości. Częściej mamy do czynienia z nieumiejętnie ociosanymi bryłami niż z przyzwoitymi obiektami i kształtami. Jak w każdej grze, i tutaj pojawia się aspekt wojny klonów. Bądźmy szczerzy, nie ma gry, w której by postacie się nie powtarzały. Sztuka polega na tym, aby tego tak nie odczuwać. Origins robi to średnio, lecz spokojnie, nie przeszkadza to tak w rozgrywce i immersji, jakby mogło się wydawać. Śmiech, bo tylko taką reakcję wywołał u mnie efekt obryzgania krwią. Po każdej bitwie od stóp do głów nasze awatary ubarwione były plamkami krwi.

Dragon Age II

O ile jedynka była znośna, o tyle kontynuacja nie. Będę szczery, gra jest brzydka. Kolorystyka nie ma w ogóle charakteru, a cała paleta barw wydaje się być mdła i bez polotu. Na dodatek odnoszę wrażenie, jakby przez całą grę biegało się po skałach, kolor zielony jest tutaj towarem deficytowym. Poza tym premiera przypada na rok 2011, a reszta stawki jeszcze bardziej odskakuje, wystarczy porównać zaserwowane nam widoki z tym, co dostaliśmy w Wiedźminie 2: Zabójcy królów. Wciąż nie zrezygnowano, ani nie poprawiono tego krwawego efektu, przez co po skończonej bitce drużyna wygląda idiotycznie. Ponadto słabe tekstury, kiepsko zaprojektowany wygląd postaci i lokacje, nie wspominając już tych nieszczęsnych Mrocznych Pomiotów, kto grał, ten wie, o czym piszę.

Dragon Age: Inkwizycja

Walcie w bębny i odpalajcie fajerwerki, trzecia odsłona w końcu doczekała się odświeżenia wizualnego i nareszcie można cieszyć swą artystyczną cząstkę duszy pięknymi widokami mroźnych gór, palącej pustyni, wzburzonego morza i wieloma innymi. Ten punkt, to jednak obowiązek ze strony BioWare, bowiem wypuszczenie trzeciej części na tym samym silniku graficznym byłoby wręcz samobójstwem. Niemniej jednak, pomimo świetnie zaprojektowanych lokacji, sama oprawa graficzna wciąż odstaje. Kanadyjczycy udowadniają, że nie szata zdobi człowieka i dają jasny sygnał, że świetna grafika nie oznacza dobrej gry.

Dragon Age: Inkwizycja

 

Muzyka

Choć każda odsłona miała swoje lepsze i gorsze strony, bezsprzecznie należy uznać, iż ścieżka dźwiękowa, jaką raczy nas cała seria, stoi na najwyższym poziomie, kapitalnie oddając wzniosłość i ducha gry, dając nam poczucie, że jesteśmy świadkami jakiejś podniosłej chwili. Nie zamierzam rozwodzić się tutaj nad poszczególnymi częściami, bo zwyczajnie nie miałoby to sensu. Wystarczy odsłuchać w internecie pierwszy lepszy soundtrack, aby po plecach przeszła wam gęsia skórka.

Podczas podróży rozkoszujemy się spokojnymi, kajającymi zmysły dźwiękami, by w chwilę później stoczyć morderczą walkę przy akompaniamencie potężnej, wżynającej się w pamięć muzyki.

Rzadko która gra może poszczycić się tak znamienitą oprawą audio, podczas gdy cała seria Dragon Age, daje przykład innym „kolegom” i „koleżankom” z branży, jak powinien wyglądać, czy raczej brzmieć soundtrack.

 

Świat

Jak zapewne każdy wie, akcja toczy się na kontynencie Thedas. Mamy więc okazję pozwiedzać nie tylko pojedyncze krainy, ale sporą część świata przedstawionego.

Dragon Age: Origins

Początek wędrówki rozpoczyna się w kraju Ferelden. To kraina surowych ludzi, u których na pierwszym miejscu znajdują się praca i walka, a dopiero gdzieś tam daleko na końcu można znaleźć czas na chwilę odpoczynku i relaksu. Nie jest to też raj dla turystów, gdyż jak mówi większość „Ferelden, cuchnie zmokłym psem”.

Dragon Age: Origins

Podczas owej przygody nasz avatar wraz ze swymi kompanami przemierza cały kraj. I to nie raz. Począwszy od niebezpiecznej tundry i bagien na południu w głuszy Korcari, po mroczny, skrywający tajemnicę las Brecilian na południowym wschodzie, aż po góry Mroźnego Grzbietu, stanowiące naturalną granicę oddzielającej ziemi od wschodniego sąsiada Orlaisa. Mimo że mamy tu do czynienia z zamkniętymi, korytarzowymi strefami, odłączonymi od siebie ekranami ładowania, to nie można powiedzieć, iż świat jest mały a roboty w nim nie brak.

Zwiedzamy piękne pozostałości starożytnej cywilizacji elfów, najnowsze konstrukcje wzniesione ludzką ręką oraz majestatyczne i monumentalne wnętrza królestw krasnoludów.

Dragon Age II

Twórcy zmienili kierunek, w którym podążali w pierwowzorze, i tym razem koncentrują się na stosunkowo niewielkich terenach Wolnych Marchii, a konkretnie na jednym mieście Kirkwall, te odpowiada miastom-państwom w starożytnej Grecji. Do dyspozycji graczy oddano samo miasto, również podzielone na różne strefy, oraz tereny bezpośrednio otaczające metropolię. Gra cierpi na przypadłość, którą zna każdy uczeń, a także jego nauczyciel. Chodzi konkretnie o opcję „kopiuj-wklej”. Nie wiem, co myśleli sobie chłopcy z BioWare, ale to nie mogło spotkać się z ciepłym przyjęciem. Dwójka jest długą grą (głównie przez walkę) i ponowne zwiedzanie po raz już wtóry tej samej groty czy lochów to naprawdę monotonne przeżycie. Sama kolorystyka również zawodzi. Pastelowe barwy pozbawiają charakteru całą produkcję i nie dają dostatecznej satysfakcji. Niemniej aspekt ten jest kwestią sporną, gdyż zależy on od osobistych preferencji każdego gracza.

Dragon Age: Inkwizycja

Po zimnej kąpieli, jaką sprezentowali gracze Kanadyjczykom, team z Ameryki Północnej tym razem wziął się porządnie do roboty. Niestety ciągle istnieją loadingi, jednakże, pomimo że nie uporano się całkiem z zamkniętymi strefami, to teraz są one dużo większe, a przede wszystkim otwarte. Nie ograniczają nas już korytarze stworzone z nienaturalnego ukształtowania terenu ani jakieś niewidzialne ściany.

Świat jest wypchany drobiazgami, stworzony ze szczególną pieczołowitością. Widoki jakie serwuje nam trzeci epizod Dragon Age, udowadniają, że jeśli tylko się chce, to można! Tym razem ponownie odwiedzamy Ferelden oraz sąsiadujące z nim Orlais. O pierwszym już nieco pisałem, co do Orlais można je najprościej opisać, iż jest to wyobrażenie średniowiecznej, nieco fantastycznej, Francji.

Ziemie, które przyjdzie nam przemierzać, tworzą jeden z większych światów, jakie nam kiedykolwiek zaserwowano. Od zielonych równin na Zaziemiu, po surowe wybrzeże wzburzonego morza, aż po gorące piaski pustyni, a to nie jest wszystko.

Dragon Age: Inkwizycja

 

Towarzysze

Dragon Age: Origins

Jeśli ktoś kiedyś próbował, ten wie, jak ciężko jest napisać wiarygodną postać, która okaże się interesująca dla obserwatora, będzie miała swój własny charakter, a nawet duszę. Dla wielu to zadanie niemożliwe. Większość spotkanych w grze bohaterów, prezentuje lepszy bądź gorszy poziom, ci, którzy dostąpią zaszczytu dołączenia do wyprawy mającej uratować królestwo, należą do tej pierwszej grupy. Każdy z nich ma swoją historię do opowiedzenia, posiada własną opinię na aktualne tematy, a co najważniejsze, wraz z postępem w rozgrywce zaczynamy odczuwać względem poszczególnych kamratów sympatię lub antypatię. Co wprowadza pewną dozę autentyzmu.

Jednogłośnie można uznać, że najwięcej emocji, zarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych, budzi czarodziejka, choć odpowiedniej byłoby napisać wiedźma Morrigan. Charyzmatyczna, inteligentna, opryskliwa, po prostu wredna, no i piękna. Tak zapamiętała ją zdecydowana większość graczy. Warto poznać wszystkich kompanów, gdyż pominięcie choćby jednego jest wielką stratą dla fabuły.

Dragon Age II

Kolejny aspekt i kolejny zawód, chyba jeden z bardziej bolesnych. Towarzysze w tej odsłonie są po prostu nudni i nieciekawi. Prawie nikt nie zasługuje na to, aby poświęcić mu choćby zdanie. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić, co w studiu BioWare musiało się wydarzyć, że twórcy zepsuli tak ważny element. Po tych kilku latach dobrze wspominam jednego bohatera, niewielkiego wzrostem, lecz kolosalnego duchem, nie posiadającego brody, krasnoluda Varrica. On jedyny wywoływał uśmiech na mej twarzy, był w końcu duszą całej wesołej kompani, no i głównym narratorem. Nietrudno więc odgadnąć, dlaczego to właśnie z nim spotkamy się w kolejnej kontynuacji.

Dragon Age II

Dragon Age: Inkwizycja

Względem drugiej części istnieje wręcz przepaść w jakości naszych podkomendnych, lecz według mojego gustu Inkwizycja tę rywalizacji przegrywa z Początkiem.

Całe szczęście można z przyjemnością wsłuchiwać się w konwersacje między naszym protagonistą a towarzyszami. Rozmowy są konstruktywne i zabawne, nie raz wywołują uśmiech. Paradoksalnie jednak, najlepszą personą jest ta, którą poznaliśmy już wcześniej, bo pojawiła się w Dragon Age II.

Właśnie Varric, znów zgarnia całą glorię i chwałę, pomimo wielu innych, wiarygodnie napisanych towarzyszy. Niestety żyjemy w czasach chorej poprawności politycznej, efektem czego jest fakt, iż nasza ekipa składa się przede wszystkim z mniejszości seksualnych i etnicznych, i nie zrozumcie mnie źle, problemem nie jest to jacy są, ale jak zostali wepchani na siłę, bo przecież tak wypada, prawda? Taka rysa na szkle.

 

Fabuła

Dragon Age: Origins

Mogę teraz pisać bardzo długo albo skupić się na kilku najważniejszych informacjach. Ponieważ już istnieje recenzja Dragon Age: Origins, wspomnę tylko, że jest to jedna z najlepszych opowiedzianych i poprowadzonych historii z gatunku cRPG. Niejednokrotnie nazywana duchowym spadkobiercą Baldur’s Gate, sztampowa, pełna akcji, z różnymi wyborami kształtującymi otoczenie. Udowadniająca, że proste schematy i rozwiązania działają najlepiej, w końcu nie bez kozery mówi się, iż nie zmienia się zwycięskiego składu.

Dragon Age II

Po epickiej, pełnej różnych przebojów podróży przez Ferelden, zrywamy ze sprawdzonym scenariuszem Plagi, Mrocznych Pomiotów, a także Szarych Strażników. Naszym wirtualnym wcieleniem jest Hawke. On, znaczy my, ucieka wraz z rodziną z ogarniętego wojną Fereldenu. Tak trafia do Wolnych Marchii, jednego z wielu miast-państw, które zostaje azylem dla wielu uchodźców zza morza, nowym domem staje się Kirkwall. Bohater powoli układa swoje życie od nowa, stając się czempionem.

Dla mnie osobiście była to dość dziwna przesiadka. Od wszechobecnej sztampy, do nieco infantylnej, lecz mimo wszystko dobrej opowieści. Tym, za co ludzie pokochali pierwszą część, była ta monumentalność. Mierzenie się z niewykonalnym, od powodzenia misji zależą losy tysięcy osób. W kontynuacji otrzymujemy to w pomniejszonej skali, co wytrąca wielu z obiegu.

Żeby jednak nie wymyślać, należy mieć zimną głowę, nie dać się ponieść emocjom. Również i ja należałem do tej zawiedzionej grupy fanów, którzy czekali z wypiekami na licach na premierę, a otrzymali coś, na co w ogóle nie byli przygotowani. Należy jednak uznać, że zaprezentowana historia jest interesująca i wciągająca, wielu osobom wypełniała terminarz na wiele dni.

Dragon Age: Inkwizycji

I pod tym względem twórcy wzięli sobie do serca opinie niezadowolonych graczy względem poprzedniczki tego tytułu.

Pomimo że temat Szarych Strażników dalej pozostaje zepchnięty na boczne tory, to i tym razem, podobnie jak w Dragon Age Origins, czeka na nas epickie zadanie.

Dragon Age: Inkwizycja

Jak wskazuje podtytuł, pierwsze skrzypce grać będzie Inkwizycja, a wraz z nią i my. Wiedzą powszechną jest, że to właśnie nasz avatar poprowadzi tę szlachetną organizację ku walce ze złem i podłymi demonami oraz przywrócenie normalności. Wszystko zaczyna się od pertraktacji Magów i Templariuszy, którzy toczą ze sobą krwawe boje, a wojna, jak to wojna, odbija się na postronnych.

Nie muszę chyba pisać, że obrady nie poszły zgodnie z planem. Tak oto znajdujemy się w samym środku zawieruchy, co ciekawsze, jesteśmy jej kluczowym elementem. Jakby tego było mało, na niebie pojawił się dziura, z której wypełzają demony. Wydaję się, że lepiej być nie może. Inkwizytor, bo tak jesteśmy nazywani, na jego barkach spoczywa obowiązek powstrzymać rozlew krwi i rozwiązać demoniczny problem. Cała historia posiada wiele niuansów, ciekawych rozwiązań, a także świetnie zrobionych zwrotów akcji. Narracja jest prowadzona po mistrzowsku, nie ma czasu na nudę i ziewanie, no chyba że zabierzemy się za zadania poboczne, które nic a nic się nie zmieniły, pod tym względem dalej mamy MMO w grze dla pojedynczego gracza. To jednak wciąż kawał doskonałej przygody, do której niejednokrotnie będziemy wracać.

 

Podsumowanie

Pomimo wielu wad i niedociągnięć, śmiało można uznać serię Dragon Age za jedną z ważniejszych w historii gier video, która dodała swoje trzy grosze do tego szlachetnego gatunku, jakim jest cRPG. Krótko wiem, ale słowa są zbędne. Nieważne, co napiszę, każdy i tak ma już wyrobioną opinię. Póki co nasza przygoda w Thedas skończyła się na Inkwizycji, ale jak wspominaliśmy nie tak dawno, potwierdzono kolejną część w tym świecie.

Inne w tej kategorii

Shadow Warrior 2 – recenzja

You got the touch! You got the power!

„Beholder” – recenzja gry

Podpatrywanie moralności

Mechanika w służbie protagonisty

Charakterologiczna podróż wirtualnego bohatera

Jakie będzie „Pillars of Eternity II”?

Ahoj, przygodo na archipelagu Deadfire!

Zobacz nas na Instagramie