NASZE ZABAWY NA FACEBOOKU: ARTY Z RANA#TRUDNESPRAWYTAWERNY

„Kowale Losu” – recenzja gry planszowej

Udostępnij artykuł

Udostępnij na facebooku 0
Udostępnij na twitterze 0

Już po otwarciu pudełka, jeszcze przed jakąkolwiek rozgrywką, widać, że jest to gra wyjątkowa. Wszystko to za sprawą dużej ilości ślicznie wykonanych elementów i genialnego stelażu do ich przechowywania. Nie potrzeba żadnych torebek, nic nie leży luzem – wszystko ma swoje dokładnie określone miejsce (opisane w oddzielnej instrukcji!), na którym pozostaje, choćbyśmy rzucali pudełkiem (nie róbcie tego w domu!). Ale nie tylko opakowanie jest niesamowite. Modyfikowalnym kościom też nie można nic zarzucić – są wytrzymałe, duże i ładne. Przemyślano nawet mechanizm zaznaczania ilości posiadanych surowców – służą do tego małe kosteczki, które umieszczamy w odpowiednich dziurkach, dzięki czemu niestraszne nam gwałtowne przesuwanie planszy. Nie ulega wątpliwości, że Rebel bardzo się postarał przy wydawaniu Kowali Losu i wyszło mu to naprawdę dobrze.

Co do mechaniki gry, to ta niestety nie powala. Sam pomysł z kostkami, w których możemy wymieniać ścianki ma potencjał. Rozgrywka jest prosta, dość szybka i przyjemna, ale… nie wciąga, czegoś w niej brakuje. Może to wina dość sporej losowości (bo ciężko o jej brak w grze polegającej w głównej mierze na rzucaniu kośćmi), a może bajkowego klimatu i ilustracji, które na pewno spodobają się młodszym graczom, ale nie takim starym ludziom jak ja. Oczywiście to nie tak, że mechanika jest zła – jest dobra, ale „dobra” to spore rozczarowanie, gdyż poziom wykonania gry sprawił, że miałem naprawdę wysokie oczekiwania. Odnoszę wrażenie, iż w tym przypadku wystąpił lekki przerost formy nad treścią, a szkoda, bo mogłaby to być produkcja (prawie) idealna.

Ale na czym właściwie polega rozgrywka? Otóż na początku wszyscy (niezależnie od tego, czyja jest tura) rzucają swoimi kośćmi (dwiema) i dostają wylosowane w ten sposób zasoby (złoto, punkty chwały, odłamki słońca lub księżyca), po czym aktywny gracz może wykonać jedną z dwóch akcji – zakupić ścianki do swoich kostek (za złoto) albo wykonać któryś z dostępnych z questów (za odłamki słońca lub księżyca), dających przeróżne bonusy. Następnie znowu wszyscy rzucają kośćmi i kolejna osoba wykonuje swój ruch. I tak w kółko. Wygrywa oczywiście gracz z największą ilością punktów chwały – banalnie proste. Warto jeszcze wspomnieć, że w każdej rozgrywce można dostawać inne nagrody za zadania, gdyż twórcy w trosce o regrywalność przygotowali zestaw kart alternatywnych – duży plus.

Podsumowując, pomimo mojego narzekania, że mechanika mogłaby być lepsza i ciekawsza, Kowale Losu to gra bez wątpienia innowacyjna i godna polecenia, ale przede wszystkim prześlicznie wykonana. Nie wykluczam, a wręcz spodziewam się, że może zdobyć sporo nagród i wyróżnień. Obowiązkowa pozycja dla osób, które uważają się za specjalistów czy prawdziwych fanów planszówek. Idealnie nada się też na prezent dla młodszych i początkujących graczy. Boli mnie tylko, że tak mało zabrakło, bym z czystym sumieniem mógł wystawić najlepszą ocenę.

Ocena tawerny

1 2 3 4 5 5

Inne w tej kategorii

„Gwint” – nasze wrażenia po stress testach

Nawet mordowanie serwerów może być fajne!

„Słowny Ninja” – recenzja gry karcianej

Posługuj się słowem sprawnie i zręcznie jak ninja.

„Lost Castle” – recenzja

Dzień Świstaka w przyjemnym wydaniu

Allison Road – zapowiedź

A jednak straszy

Zobacz nas na Instagramie