NASZE ZABAWY NA FACEBOOKU: ARTY Z RANA#TRUDNESPRAWYTAWERNY

Podać rękę w ciemności

Udostępnij artykuł

Udostępnij na facebooku 0
Udostępnij na twitterze 0

Z odmiennością spotykamy się na co dzień. Właściwie pojmowana, stanowi ważny, wręcz pozytywny aspekt naszego życia: pomaga lepiej definiować samego siebie poprzez kontrast, opozycję. Istnieje jednak druga strona medalu: określenia takie jak „inny”, „obcy”, „ten drugi” często konotują lęk i nieufność, w skrajnych przypadkach wiążą się z ksenofobią. Motyw obcego stosunkowo często przewija się w literaturze – a wydaje się, że fantasy i science fiction są szczególnie predysponowane do zajmowania się tym problemem, skoro ich autorzy co rusz wystawiają czytelnika na kontakt z nowymi ideami, niezwykłymi wynalazkami czy nieistniejącymi rasami. Gdybym miała wskazać tylko jednego autora fantastyki, w którego twórczości motywem przewodnim jest próba poznania i zrozumienia obcego, bez wahania odpowiedziałabym: Ursula K. Le Guin.

Ursula K. Le Guin to wyjątkowa pisarka. Chociaż jej twórczość zasadniczo mieści się w ramach tradycyjnie pojmowanych fantasy i science fiction, jest rozpoznawana i uznawana za klasykę także poza fandomem. Urodziła się w 1929 roku w Berkeley w Kalifornii, a choć literaturą interesowała się od wczesnych lat, regularnie publikować zaczęła w latach 60. Wielokrotnie wyróżniana – otrzymała nagrody Hugo, Nebuli, Locusa, Jupitera, World Fantasy Award i inne. Chociaż zazwyczaj wymienia się ją jako autorkę fantastyki naukowej, sama przyznaje, że bardziej od „naukowości” interesuje ją psychologia – oraz, jak można domniemywać, socjologia i antropologia. I właśnie to stawianie kluczowych pytań na temat ludzkiej kondycji czyni twórczość Le Guin tak bliską mojemu sercu. Pisał o tym zresztą Stanisław Lem, dowodząc, że Czarnoksiężnik z Archipelagu to lepsza i prawdziwsza powieść niż Wydziedziczeni (chociaż to ta druga doczekała się większego uznania krytyków), dlatego że czarodziej Ged jest lepszym i prawdziwszym bohaterem niż fizyk Szevek.

Wspomniałam na samym początku, że motyw obcego to jeden z dominujących tematów w twórczości Le Guin. Oczywiście autorka poruszała (i, mam nadzieję, jeszcze nieraz poruszy) w swoich opowiadaniach i powieściach wiele innych ważkich zagadnień; jednak ani teoretyzowanie na temat ustroju anarchistycznego, ani eksperymentowanie z teorią „skoków” w przestrzeni kosmicznej, ani nawet droga bohatera ku dojrzałości nie utkwiły mi w pamięci tak bardzo jak owo „podawanie ręki w ciemności” – wystawienie się na kontakt z obcym. Poniżej kilka przykładów, które z różnych przyczyn wydały mi się szczególnie ważne lub ciekawe.

 

Pytam o Obcego, o istotę różną od Ciebie. Istota ta może się od Ciebie różnić płcią albo rocznym dochodem lub sposobem bycia, mówienia i ubierania się, wreszcie kolorem skóry bądź ilością nóg i głów. Innymi słowy, istnieje Obcy seksualny, Obcy socjalny, kulturowy i na koniec rasowy. (…)1

 

Uwaga: niniejszy artykuł z konieczności zawiera spoilery

 

Cykl o Ekumenie

Oto obcy potraktowany dosłownie: jako nieznana rasa zamieszkująca odległą planetę, o odmiennej kulturze, historii, wyglądzie czy nawet fizjologii. Obcy mówiący innym językiem, odwołujący się do innych doświadczeń, inaczej konceptualizujący rzeczywistość. Może być agresywny lub naiwnie przyjazny, pogardliwy lub upokorzony, ale zawsze stanowi zagadkę – i ten aspekt Le Guin zdaje się szczególnie podkreślać w powieściach z cyklu haińskiego. Liga/Ekumena i jej wysłannicy przez lata wypracowali pewien modus operandi, uczyli się na błędach poprzedników. Mimo to zawsze istnieje ryzyko przedwczesnego łatwego zaklasyfikowania, pośpiesznego porównania nowej kultury do innej znanej cywilizacji – tak przecież działa ludzki umysł, doszukuje się podobieństw, wzorców. Pisarka jednak przestrzega przed ocenianiem po pozorach (czyli przed swoistym lenistwem, pójściem po linii najmniejszego oporu), a zarówno powieściowych wysłanników, jak i czytelników niejednokrotnie czeka niespodzianka przy zgłębianiu zwyczajów mieszkańców innych planet.

Tkwi w tym wszystkim mały haczyk: „obcy” Le Guin tak naprawdę nie są obcy; wszystkie kosmiczne cywilizacje wyrastają bowiem ze wspólnego pnia – to potomkowie jednej, haińskiej rasy, która dawno temu skolonizowała wiele światów, a te z biegiem czasu utraciły ze sobą kontakt. Przez wieki rozwijały się w izolacji, ewoluowały oddzielnie; istnieje też podejrzenie, że niektóre były modyfikowane genetycznie. Stąd kiedy dochodzi do próby ponownego zjednoczenia, jedni posługują się telepatią, drudzy okazują się hermafrodytami, trzeci śmieszą lub straszą owłosionym wyglądem. Można by więc pomyśleć: obcy to ja, tylko że inny. Ale ta „wspólnota korzeni” niesie za sobą jeszcze poważniejsze implikacje: z jednej strony stanowi argument za pojednaniem, z drugiej niejednokrotnie staje się prawdą albo niewygodną i odrzucaną (bo w jaki sposób uzasadnić swoje prawo do dominacji nad „gorszym” gatunkiem, skoro nie ma podziału na gatunki?), albo trudną do uwierzenia.

Mimo wszelkich różnic, podziałów i przeszkód, głupoty czy zwykłej ludzkiej małostkowości, w uniwersum Le Guin zwykle udaje się osiągnąć jakieś porozumienie – kolejne światy przystępują do Ligi/Ekumeny, a ta wciąż rozwija swoją misję. Nie wszystkie utwory z cyklu haińskiego mają jednak optymistyczny wydźwięk, czego najjaskrawszy przykład stanowi Słowo „las” znaczy „świat”, napisane między innymi jako reakcja na wydarzenia wojny wietnamskiej. W powieści tej Le Guin surowo rozprawia się z kolonializmem i militaryzmem, przedstawiając agresywnych, ignoranckich Terran i pokojowych Athshean; jedynym „prezentem” od pierwszych dla drugich miała być znajomość przemocy. Dochodzi do eskalacji morderstw i odwetów, a wszystko to buduje między przybyszami a tubylcami mur nie do przebicia. Rezultatem jest sytuacja, w której planeta Athshea zostaje objęta zakazem Ligi – ani Ziemianom, ani nikomu innemu nie wolno na niej przebywać, pozyskiwać surowców, niepokoić miejscowych. Wydźwięk powieści łagodzi fakt, że zakończenie nie jest zamknięte – być może kiedyś, za kilka pokoleń, przedstawiciele powrócą, aby badać świat i podjąć negocjacje z jego mieszkańcami jako równymi sobie.

 

Grobowce Atuanu

Pisząc cykl o Ziemiomorzu, Le Guin dokonała swoistej „zamiany” ról: główny bohater i większość postaci charakteryzuje się ciemną karnacją, białoskórzy i jasnowłosi zaś są barbarzyńscy Kargowie, których czytelnik poznaje jeszcze na początku Czarnoksiężnika z Archipelagu, kiedy najeżdżają wyspę Gont. (Jasną skórę mają również mieszkańcy Osskil, lecz może pamiętacie, że i z ich rąk nie spotkało Geda nic dobrego). Jak Le Guin sama przyznała, wybrała takie rozwiązanie jako sposób na przełamanie stereotypu, wedle którego fantasy powinno się rozgrywać w quasi-średniowiecznym uniwersum z białym protagonistą na czele.

I właściwie nie byłoby o czym pisać – nawet jeśli amerykańskiej autorce udało się wprowadzić do swojego świata etniczną różnorodność w naturalny i niewymuszony sposób – gdyby nie Grobowce Atuanu. To przy ich lekturze po raz pierwszy zwróciłam baczniejszą uwagę na odmienność poszczególnych postaci Ziemiomorza. W historii Arhy, pożartej kapłanki Bezimiennych Bogów, do kontrastu koloru skóry (ciemny Ged i jasna Tenar) dochodzą różnice w kulturze, religii i wychowaniu, podkreślone – znów subtelnie – także różnicą płci. Wydaje się, że para głównych bohaterów to idealne przeciwieństwa. Ged jawi się jako doświadczony, dorosły mężczyzna, podróżnik i mag. Tenar z kolei jest młodą dziewczyną i praktycznie nie zna świata poza grobowcami i domem kapłanek. Mimo to pozostają sobie w jakimś sensie równi; Krogulec, choć mądry i potężny, zdaje się na łaskę obcej barbarzynki, pozwala uczynić się jej więźniem; wreszcie dochodzi do sytuacji, w której nie jest w stanie uciec bez jej pomocy.

Oczywiście łatwo dopatrzyć się tu przekształconej opowieści o księciu (magu) ratującym księżniczkę (kapłankę) z wieży (podziemnego Labiryntu). Różnica polega na tym, że Tenar nie stanowi nagrody Geda – Krogulec nie zawłaszcza jej, za to oswaja obcość i niejako zwraca dziewczynę światu. Zapewnia Kargijce szacunek możnych Havnoru jako tej, który przywiozła mieszkańcom Archipelagu połączony na nowo amulet Erreth-Akbego, po czym spełnia życzenie byłej kapłanki i pozwala jej wieść spokojne życie z dala od władzy i polityki. Warto odnotować, że kiedy w Tehanu między tą parą dojdzie do zbliżenia, znów będą sobie równi, a nawet Tenar wykaże się w pewnym sensie przewagą, wprowadzając czarodzieja w świat seksualności, który tradycyjnie pozostawał dla niego niedostępny.

Dziewięć śmierci

Co się stanie, jeśli sam koncept „obcego” będzie nam obcy? Oto pytanie, na które próbuje odpowiedzieć Dziewięć śmierci. Jednym (?) z bohaterów jest ekipa dziesięciu klonów tak idealnych, że tworzących pozory tzw. hive mind, wspólnej świadomości złożonej z oddzielnych umysłów. Pięciu mężczyzn i pięć kobiet o niemal identycznym genotypie i częściowo zróżnicowanym wychowaniu; są szokująco podobni do siebie nawzajem – odznaczają się jednakową mimiką, gestami, a te same myśli i rozwiązania przychodzą im do głów w tym samym czasie. Wyedukowano ich tak, aby byli komplementarni – gdy jedno celuje w fizyce, inne jest świetnym matematykiem i tak dalej. Wszystko to sprawia, że tworzą swoisty układ zamknięty – nie potrzebują nikogo z zewnątrz, są wydestylowanym egotyzmem w dziesięciu osobach: nawet seks uprawiają tylko ze sobą nawzajem. Tym trudniej im dostrzec drugiego człowieka z jego potrzebami. Tymczasem w powieści występuje jeszcze dwóch bohaterów, „zwyklaków”: Martin i Pugh. Obydwaj od lat przebywają samotnie na planecie Libra jako badacze i geologowie. Izolacja sprawia, że z jednej strony stęsknili się za widokiem innych ludzkich twarzy, a z drugiej tym bardziej lękają się kontaktu z przybyszami. Nic dziwnego zatem, że rozczarowuje ich nowa dynamika grupy: niesamowicie wsobne „koło wzajemnej adoracji”, jakie stanowią klony, z Martinem i Pugh jako zepchniętymi na margines „wolnymi elektronami”. Mimo tłoku, jaki nagle zapanował na stacji, towarzysko mężczyźni pozostają zdani tylko na siebie.

Ale sytuacja zmienia się i to radykalnie. Dziewięć z dziesięciu klonów ginie w tragicznym wypadku – a giną najwyraźniej dlatego, że wszystkie w sytuacji stresu zareagowały podobnie. Przeżywa tylko jeden, oznaczony jako Kaph – trochę niechcący – i długo dochodzi do siebie po szoku, walczy z depresją bliską katatonii. Zniknął gdzieś zespół naczyń połączonych, który dotychczas zapewniał mu bezpieczeństwo, nastąpiło nagłe przecięcie pępowiny. Po śmierci braci i sióstr zachowuje się, jakby był ostatnim, najsamotniejszym człowiekiem we wszechświecie, a to nowe doświadczenie okazuje się nieznośne. Początkowo zupełnie nie przychodzi mu do głowy, że mógłby zbudować nowe relacje chociażby z dbającymi o niego Martinem i Pugh. Są dla niego zbyt obcy już dlatego, że nie są nim samym.

Tę niemoc porozumienia – nawet kiedy następuje swoisty przełom i Kaph zaczyna się odzywać do dwóch pozostałych towarzyszy – świetnie i bardzo dosłownie obrazuje jedna ze scen opowiadania. Pugh i Martin w czasie wstrząsów sejsmicznych znaleźli się poza stacją badawczą. Kaph próbował wywołać ich przez radio, lecz zakłócenia okazały się zbyt silne; nie nadeszła żadna odpowiedź. Dopiero znacznie później ostatni z klonów wreszcie nie tylko dostrzega drugiego człowieka, ale również odpowiada na niezrozumiały i ryzykowny gest „wyciągnięcia ręki w ciemności”.

 

Szerzej niż imperia i wolniej

A teraz trochę z innej beczki: czy niezrozumienie ludzi i ich intencji może być błogosławieństwem? Albo jeszcze inaczej: czy perfekcyjne odczytywanie cudzych emocji i podświadomych reakcji to przekleństwo? Załoganci statku „Gum” mieli – według słów narratora – tylko jedną cechę wspólną: byli nienormalni. A wśród tego zespołu znalazł się Osden, mizantropiczny nadempata, niegdyś cierpiący na autyzm, który stanowił dla niego jednocześnie rodzaj osłony. Zbiera cudze emocje z otoczenia jak odkurzacz, wychwytuje nawet najsłabsze, zupełnie podświadome sygnały – i odczuwa je jako własne, wzmacnia i odbija. Problem polega na tym, że pierwszą instynktowną reakcję na nową osobę stanowią zawsze – według autorki – lęk i nieufność, mimo najlepszych intencji. Tak więc relacje, które Osden nawiązuje z innymi ludźmi, są z góry skazane na klęskę wzajemnej nienawiści: wyczuwając ową pierwotną, instynktowną niechęć, mężczyzna przyjmuje ją za swoją i odsyła w sygnale zwrotnym, nakręcając spiralę bez końca.

Tymczasem w powieści pojawia się jeszcze drugi nieprawdopodobny nadempata – cała obca planeta i  jej ekosystem, głównie las, okazują się świadomą istotą. Nigdy jednak nie znała niczego poza sobą, więc kiedy po raz pierwszy napotyka na cudze (ludzkie) emocje, w dodatku negatywne – przypominam, że relacje załogi kipią od wzajemnej niechęci – zaczyna te sygnały przetwarzać i włączać do swojego paradygmatu, co owocuje obezwładniającym lękiem. Dochodzi do swoistej eksplozji negatywnych bodźców, ponieważ bohaterowie opowiadania, początkowo nieświadomie, odbierają emanacje lasu, ulegają ich wpływom. Spirala staje się podwójna i niesamowicie poplątana.

Znajduje się jednak niezwykłe wyjście z sytuacji: całkowite otworzenie się na obcego, wyzbycie się wszelkich uprzedzeń, ale i jakichkolwiek mechanizmów ochronnych. To to samo ryzyko, które zwykły człowiek podejmuje każdego dnia w relacjach z innymi, różni się jednak skalą. Ursula K. Le Guin pokazuje: spróbować zrozumieć innego, przyjąć go w siebie bezwarunkowo, to zaryzykować, że ten inny nas zmieni, zrani, a może nawet zniszczy – lecz to jedyna droga, aby nie pogrążyć się w czymś znacznie gorszym.

 

Lewa ręka ciemności

Pomimo że poświęciłam już część artykułu cyklowi o Ekumenie, Lewą rękę ciemności postanowiłam potraktować osobno i w tym celu zostawiłam ją sobie na koniec. Nie ma chyba wśród bibliografii Le Guin bardziej prototypowego utworu o konfrontacji z obcym i  to na wielu poziomach. Istnieje tu oczywiście – jak w całym cyklu – obcość dosłowna, ponieważ Getheńczycy to mieszkańcy odległej planety. Podstawę dysonansu stanowi jednak ich nietypowa fizjologia – zasiedlający planetę Zimę lud to przez większość życia hermafrodyci, którzy role płciowe – zarówno w sensie biologicznym, jak i społecznym – przyjmują tylko na czas kemmeru, czyli okresu godowego, oraz ewentualnej późniejszej ciąży. Co więcej, role te są wymienne: ten sam Getheńczyk może zarówno płodzić, jak i rodzić dzieci. Prócz tego pojawia się w Lewej ręce ciemności (choć warto podkreślić, że nie tylko tutaj) swoista „obcość zwrotna”: tak naprawdę obcym jest przedstawiciel Ekumeny, ponieważ jest w mniejszości; normalni są Getheńczycy, stanowiący większość. Czwarty poziom to z kolei zróżnicowane polityczno-społeczne, podkreślone przede wszystkim przez opozycję Karhid-Orgoreyn, a także Gethen-Ekumena.

Wróćmy do problemu odmiennej, nietypowej seksualności. Lewa ręka ciemności ukazała się po raz pierwszy drukiem w 1969 roku, a temat do dziś pozostaje trudny czy nawet – kontrowersyjny. Wydaje się, że znacznie łatwiej nam – i powieściowym bohaterom – zaakceptować różnice w wyglądzie czy technologiczne niż te związane z płciowością. Co więcej, jak już wspomniałam, niezrozumienie w Lewej ręce ciemności działa w dwie strony. Genly Ai denerwuje się na Getheńczyków za to, co postrzega jako słabość i niezdecydowanie – czyli za to, że są istotami w równym stopniu męskimi i kobiecymi, łączącymi cechy obydwu płci. Z kolei mieszkańcy Zimy, jakkolwiek nie byliby przyjaźni, nie potrafią spojrzeć na wysłannika Ekumeny inaczej jak na wynaturzenie, zboczeńca, istotę upośledzoną. Pomimo iż żadna za stron nie dąży do kontaktów seksualnych, odmienność w postrzeganiu (także nieuświadomionym) płci i ich ról długo stanowi barierę uniemożliwiającą prawdziwe porozumienie między Genlym a Estravenem.

Lewa ręka ciemności nie jest jednak ważna dlatego, że tak bogato eksploruje się w niej motyw obcości. Jej podstawową zaletę stanowi fakt, że w istocie to powieść o długim, żmudnym i cierpliwym procesie przełamywania nieufności, pokonywania różnic, szukania punktów wspólnych i budowaniu wzajemnego zrozumienia, a nawet – przyjaźni. Droga, którą razem przebywają Genly i Estraven, nieodwracalnie zmienia ich obydwu, wpływa na sposób, w jaki postrzegają świat i poszerza horyzont.

***

Studium obcego w twórczości Ursuli K. Le Guin można by ciągnąć dalej właściwie bez końca. Mniej lub bardziej świadomie, autorka powraca do tego motywu niemal w każdym utworze. Tak naprawdę jednak nie chodzi o mnożenie przykładów w nieskończoność, lecz o wyłowienie kwintesencji: że najważniejsze jest ostatecznie otworzyć się na obcego i pozwolić się ubogacić. Liga Wszystkich Światów, a później Ekumena to zrozumiały i dlatego nie przestawały słać statków nawet w odległe zakątki kosmosu. Czy my jako czytelnicy także potrafimy to zrozumieć?

 

Kaph popatrzył na niego i dostrzegł coś, czego nigdy wcześniej nie zauważył. Dostrzegł Owena Pugha, tego drugiego obcego człowieka, który wyciągnął do niego rękę w ciemności.2

________________________________________
1Fragment wystąpienia Ursuli K. Le Guin w kwartalniku „Science Fiction Studies” z 1975 roku. Cytat za posłowiem Stanisława Lema do Czarnoksiężnika z Archipelagu, wydanie z 1976 roku.

2Ursula K. Le Guin, Dziewięć śmierci, [w:] tejże, Rybak znad Morza Wewnętrznego, Warszawa 2016.

________________________________________

Fot. (Art.) 1: rabbiteyes | Fot. 2: combiboilersleeds.com | Fot. (Art.) 3: gonzalokenny

Inne w tej kategorii

„Sztylet rodowy” – recenzja

Trylogia Cienia, T.3: Władca Cienia

Siedem minut po północy

Recenzja książki „Syrena”

Suicide Squad – Oddział Samobójców, Nadzorować i karać T. 1

Zobacz nas na Instagramie